strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  - Skurcze zaczęły się w nocy...
  - Na wizycie u ginekologa...
  - Termin miałam na...
  - Jest 6.00 rano...
  - Nie ma co się bać porodu!
  cuda
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

Jest 6.00 rano...

Z MOICH NOTATEK:
Jest 6.00 rano, obudziłam się o 3.30 ze skurczami krzyżowymi. Od tamtego czasu nie mogę spać i czekam na mojego synka. Chyba w końcu ruszyło. Liczę odstępy pomiędzy skurczami, chodzę, sprzątam, ćwiczę.

Chcę tych skurczy. Chcę ich mocnych, chcę ich często, chcę już tego tak bardzo. Chyba się z Pawłem załamiemy jeżeli to fałszywy alarm. To już tydzień po terminie.

W SZPITALU:
Dotarliśmy tu na 9.00. W domu miałam skurcze co 6 min., ostatni mocny skurcz w aucie przed szpitalem. W szpitalu kładę się pod KTG, które ma rejestrować tętno dziecka i moje skurcze. Ustały... W ciągu dwóch godzin skurcze co 20 min i to dużo słabsze niż w domu. Paweł zasnął na łóżku porodowym. Jestem rozczarowana.

O 11.00 bada mnie lekarka, mówi że właśnie odchodzi mi czop śluzowy. Rozwarcie na 1 palec czyli nic nie ruszyło, ale przynajmniej ten czop... Mam zostać w szpitalu, Pawła wysyłam do pracy, nie ma sensu żeby tu siedział, jeżeli nic się nie dzieje.

14.30, rozwarcie na 2 palce. Coś poszło do przodu. Moje chodzenie tam i z powrotem od dwóch godzin ma sens. Skurcze bolesne. W międzyczasie golenie, lewatywa i kąpiel. Moje nogi są już napuchnięte od tego chodzenia. Ale to ma sens.

16.15. Jestem już zmęczona. Nie chce mi się już chodzić i robić przysiadów. Nogi mi mdleją. Boli. Chcę już tylko żeby Paweł przyjechał. Płaczę.

TU KOŃCZĄ SIĘ MOJE NOTATKI? nie miałam już siły cokolwiek pisać.

Przed przyjściem Pawła doprowadzam do tego, że skurcze są całkiem mocne, co 3 minuty. Wiem, że sama doprowadzam do tego, bo skurcz opóźnia się, kiedy ustaję zmęczona a następuje kiedy robię pewne rodzaje ruchów, np. przykucam z rozszerzonymi nogami, jak robiłam na zajęciach yogi. Na KTG w okolicach 14.00 pokazują się skurcze bardzo mocne. Cieszą. Ciągle mam nadzieję, że w końcu zaczną prowadzić do celu, bo do tej pory jeszcze nie dały nawet porządnego rozwarcia.

Tuż przed przyjściem Pawła słabnę. Zasypiam spłakana na łóżku na kilka minut, budzę się na skurcz, zasypiam znowu, popłakuję z braku chęci do tego wszystkiego.

Przyjście Pawła o 17.00 mobilizuje do dalszego chodzenia. Dreptam wokół łóżka, łzy leją mi się ciurkiem. już tak będzie do końca, tak rozładowuję napięcie. Przychodzi nowa położna na swoją zmianę, każe się rozluźnić przy badaniu szyjki macicy, a to przecież niemożliwe. No i komunikuje przykrą wiadomość: rozwarcie na 2 palce. Jeszcze dwie godziny wcześniej poprzednia położna twierdziła, że już są maleńkie 3 palce. Jak to możliwe?

Przechodzimy do sali porodów rodzinnych. Położna proponuje oksytocynę, hormon dla przyspieszenia, na początek bardzo maleńką dawkę. Oksytocyna w kroplówce powoduje, że skurcze bardzo się wzmacniają i odstępy między nimi stają się krótsze. Ciągle jednak nie dają rozwarcia. Dostaję coraz więcej oksytocyny, już prawie leje się ciurkiem. Wchodzę do wanny, woda daje chwilową ulgę, oczywiście między skurczami, skurczy samych w sobie wcale nie osłabia, tak samo odczuwam je poza wodą. Ale jest milej. Cieplej. Paweł siedzi na krzesełku obok i polewa brzuch. Pomaga wyjść z wanny, przytula mokrą kiedy mam skurcz, wyciera ręcznikiem, ubiera mi kapcie. Na KTG słyszę że tętno dziecka zależy od tego czy jest skurcz czy nie. Słyszę też, co bardzo mną porusza, że tętno dziecka w czasie skurczu zależy od tego jak oddycham. Położna ciągle przypomina o głębokim oddechu przeponowym, o dotlenianiu dziecka. Potem przypomina już Paweł. Najpierw trzyma za głowę kiedy boli, potem uczy się od położnej, jak masować mi plecy. Masuje w czasie skurczy, niewiele pomaga w osłabieniu skurczu ale odwraca uwagę. I pomaga w mojej wzrastającej miłości do Pawła.

Tak, to wzrasta chyba najbardziej w czasie tego dnia i nocy. Jest cudowny, robi wszystko co może, masuje, głaska, jest czuły, jest idealny. Kiedy skurcz ustaje, przepraszam go za to, że musi na to patrzeć, zapewniam, że nic mi się takiego nie dzieje. Mówię to, bo jest mi cholernie głupio, że go na to wszystko namówiłam, na ten cały poród rodzinny. Pytam po tysiąc razy czy na pewno nie zostawi mnie tu samej, czy na pewno nie pójdzie sobie do domu. On tysiąc razy przekonuje mnie, że nie zostawi, że nigdzie nie idzie. Kiedy skurcze zaczynają się nakładać na siebie, chce mi się wymiotować, Paweł ciągnie za mną stojak z kroplówką do toalety, zwija za mną papier toaletowy, który mi poleciał po podłodze, przypomina że miałam zrobić siku, trzyma kiedy osuwam się na podłogę. Nie dam rady już ustać na nogach przy łóżku, gdzie miałam robić pozycję łokciową.

Położna, widząc że skurcze wywołane oksytocyną nie dają rozwarcia, przykręca kroplówkę na mniejszą siłę. Badanie rozwarcia. Żeby mnie nie załamywać położna nic nie mówi, jaki rezultat, zbywa mnie, że idzie do przodu, że główka schodzi coraz bardziej w dół (po porodzie dowiaduję się że to było drobne kłamstwo, główka była cały czas bardzo wysoko). Wymyślamy z Pawłem nową pozycję, skurcz na stojąco, on jak tylko się zaczyna, przytula mnie mocno i szepcze do ucha miłosne zaklęcia, z boku chyba wyglądamy jak zwykli zakochani wtuleni w siebie, kiedy wchodzą jacyś ludzie, jacyś lekarze, jakieś położne, nie zwracamy na nich uwagi, po prostu się przytulamy. Od zwykłych zakochanych różnimy się tylko tym, że ja wyję w jego koszulę stłumionym krzykiem.

W końcu o 23.00 rozwarcie osiąga upragnione 4 maleńkie palce, można podać znieczulenie. Natychmiast pojawia się anestezjolog, jeszcze kilka chwil i następuje błoga ulga. Nagle wszystko co złe odchodzi, zaczynam odpoczywać, mogę normalnie mówić, chcę przytulić anestezjologa, wyrazić mu swoją wdzięczność, ale nie umiem znaleźć słów. Leżę sobie, skurcze czuję bardzo delikatnie, gawędzę z położną i Pawłem, oddychając cały czas podanym do noska tlenem, cały czas mam pas KTG na brzuchu.

I właśnie ten pas... Tuż przed 24.00 pokazuje coś niedobrego. Tętno dziecka spada. Zanika całkowicie, wraca i znów zanika. Za sobą słyszę lekarkę mówiącą to telefonu: "Będzie cięcie", dwie sekundy później wchodzi kilka osób, jedna z nich mówi to, co już wiem, pytają mnie o zgodę, jasne że się zgadzam, jestem jak w transie, słucham cały czas KTG, które wcale nie jest normalne, słucham głośnych krzyków ciągle innych osób: "Proszę oddychać!", "Oddychać głęboko!", "Szybko oddychać!" i oddycham, oddycham, cała moja egzystencja, całe moje życie, wszystko sprowadza się do tego oddychania, które ma uratować życie mojego dziecka. Niesamowity świder w mózgu powodujący u mnie trans: "Oddychać dla niego", "ODDYCHAĆ DLA NIEGO". I oddycham kiedy pędzimy przez korytarz, ja cały czas na tym samym łóżku, widząc Pawła biegnącego obok, powtarzającego bezgłośnie: "ddychaj...", wjeżdżając do sali operacyjnej oddycham już tak głośno, że dyszę, przenoszą mnie na inne łóżko, ktoś raz maźnął mój brzuch czymś dezynfekującym, w ciągu dwóch sekund przykładają tlen, zakładają kable na piersi, podają papier do podpisania, krzyczą "Oddychać!". Podpisuję tak drżącymi dłońmi, że to wcale nie są litery, drżę tak, że całe moje ciało podskakuje. Wcale nie jest mi łatwo oddychać przez maskę tlenową, wydaje mi się że robię to całe oddychanie do dupy, zasypiam z myślą, że czuję zimno na brzuchu i że to jest chyba narzędzie...

...Budzę się. Kiedy tylko mogę opanować drganie głowy, pytam, czy dziecko żyje. "Tak, jest chłopczyk". Pytam o to jeszcze Pawła, który natychmiast pojawia się obok i głaszcze po głowie. Tak naprawdę to uwierzyłam, że żyje dopiero kiedy Paweł pokazał mi film na aparacie gdzie widzę ruszające się ciałko. Pytam jeszcze o Apgar, Paweł mówi o ośmiu, no i pytam jak wygląda. "Jest śliczny"- słyszę. Zasypiam. Jestem koszmarnie zmęczona.

CZEGO DOWIEDZIAŁAM SIĘ PÓŹNIEJ:
Akcja od pierwszego spadku tętna do przyłożenia noża trwała 3 minuty. Jestem im za to wdzięczna. Nie wiem, co myśleć o niezrobionym USG, ale już teraz nie chcę oceniać. Uratowali moje dziecko. Zresztą wcześniej nic nie wskazywało na to, że coś jest nie tak, KTG było rejestrowane prawie przez cały czas przez ostatnie 10 godzin, było w porządku. W sumie cały poród trwał 20 godzin. Przez ostatnie godziny porodu czułam bardzo mocno kręcące się dziecko, prawdopodobnie wtedy zawinął się w pępowinę. To było powodem spadku tętna i tego, że dziecko zostało wyjęte nieprzytomne, przez co nie zaczął oddychać. Okręcona trzy razy pępowina wokół szyjki i brzuszka była zaciśnięta. Biło tylko serduszko. Później dowiedziałam się, że Apgar miał w pierwszej minucie 2, po 3 minutach, masażu serca i intubacji podskoczył do 5, po 10 min. dotarł do 8.

Później też dowiedziałam się że wody były ciemnozielone, miał tego pełno w drogach oddechowych. Urodził się ze smoczą skórką - suchym, łuszczącym się naskórkiem od przenoszenia. To był już najwyższy czas na poród.

Później również dowiedziałam się, że był ułożony twarzą do mojego brzucha. Przez okręconą pępowinę nie mógłby się już przekręcić na prawidłową stronę czyli twarzą do mojego kręgosłupa, a na pewno by próbował, gdyby doszło do skurczy partych. Gdyby. Gdyby szyjka mi się rozwarła i gdyby wszedł odrobinę niżej głową w kanał rodny, pępowina i tak zacisnęłaby mu się przy próbie przekręcenia się. Kilka różnych osób obecnych przy cesarce powiedziało do mnie potem, że nie miałby szans na przeżycie porodu naturalnego w tej sytuacji. I oni nie mieliby szans go wtedy uratować. Gdyby zrobiło się rozwarcie... Ktoś powiedział o cudzie. Ktoś inny o mądrości natury.

PODSUMOWANIE:
Myślę, że należy ufać. Zaufanie przy porodzie to coś bardzo ważnego. Przede wszystkim w tą mądrość natury. No i w ludzi. Natura nie wypuściła małego Grzesia tą drogą, która była dla niego zabójcza. Ludzie zrobili resztę i nie pozwolili mu umrzeć. Mojemu małemu synkowi. Wszystkim przyszłym mamom chcę napisać, że najpiękniejsza chwila w moim życiu to kiedy dotknęłam po raz pierwszy moją twarzą jego twarzy. Nie mam słów, żeby opisać to uczucie. Płakałam. Dla tej chwili warto było wszystko. Całe te 20 godzin i wszystko wcześniej.

Autor: Weronika S



 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1