strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  - Skurcze zaczęły się w nocy...
  - Na wizycie u ginekologa...
  - Termin miałam na...
  - Jest 6.00 rano...
  - Nie ma co się bać porodu!
  cuda
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

Na wizycie u ginekologa...

Na wizycie u ginka 12.11. dostałam skierowanie do szpitala z podejrzeniem nadciśnienia, bo wyskoczyło 140/100. Pielęgniarka po prostu zbadała mi je zaraz po przyjściu do przychodni. Bez odpoczynku. No i klops. A że nie chciałam ryzykować to spakowałam swoją torbę i w środę 13-tego rano pojechaliśmy grzecznie do szpitala licząc na to, że uda nam się wykpić tanim kosztem, czyli dojeżdżaniem na ktg i pomiary ciśnienia + własna kontrola ciśnienia. Niestety po rozmowie z lekarzem doszlismy do wniosku, że nie ma co ryzykować, tym bardziej że tak czekaliśmy na tę ciążę. No i powędrowałam na oddział. Na całe szczęscie od razu położniczo-noworodkowy, a nie na patologię. Łzy w oczach nas obojga, ja zostałam, mąż pojechał do pracy. Ciężko było tym bardziej, że nic szczególnego się nie działo. Ciśnienie w normie, no raz na dzień wyskok do 140/100.

Nic szczególnego nie robili - codzienne pomiary ciśnienia 6 x na dzień, ktg x 2, pomiary tętna płodu co 2 godzinki. Żadnych leków, dodatkowych badań. No morfologia i mocz. Wyszło białko w moczu, czyli podejrzenie zatrucia. Odrzucone po ponownym badaniu. I znów nic. Badanie usg. Duże dziecko - już w 38 tygodniu 4250.

Rozmowa, co dalej? Zakładamy żel na szyjkę żeby Olę spróbować urodzić naturalnie. I nic. Praktycznie zero reakcji. Kilkadziesiąt minut ze skurczami i nic. Po badaniu na drugi dzień - szyjka zmiękczona, trochę bardziej rozwarta i skrócona, ale większych zmian nie widać. Oksytocynowy test - reakcja organizmu i dziecka prawidłowa. Jest szansa na wywołanie porodu. 3 wywoływania porodu i nic. Skurcze i owszem są, ale tylko podczas podawania oksytocyny. A później - nic.

Już mam dosyć szpitala. Oboje mamy go dosyć. Wydaje nam się, że nic się nie dzieje, że niepotrzebnie leżę, że lepiej byłoby mi w domu. Płacz i zgrzytanie zębami. Kolejne USG. Ola wg. niego ma 4630 g. Konsultacja na innym aparacie i z innym lekarzem. Komputer się buntuje, nie chce liczyć z takich wymiarów. Oceniają wielkość dziecka na 4500 g. Decyzja: pozostaje cesarka. Rozmowa z umówioną położną: poczekać do terminu i zobaczyc co dalej. Rozmowa z mężem: zostaję w szpitalu, żebyśmy oboje mieli jaki taki komfort psychiczny, że jestem pod opieką.

I tak nastał 25 listopada.

Miałam zaleconą dobową zbiórkę moczu, bo znów więcej białka mi się w nim pokazało. Ostanie mierzenie tętna maluszków tuż przed północą. Wstaję i czuję że nie mogę powstrzymać od siku. Pierwsza myśl co z moją zbiórką? I przerażenie kiedy skumałam, że mi wody odeszły. Jeju, przecież jutro mieliśmy rozmawiać o terminie cesarki. Przecież miała być 1 grudnia. A Ola jednak postanowiła inaczej. Inaczej też się ruszała tego dnia. Wierciła się tak jakby chciała znaleźć sobie najlepsze miejsce do wyjścia. Szukała szukała i nie znalazła.

Położna podłączyła mnie pod KTG. Żadnych skurczy. Śpię spokojnie. Ale tylko do 3. Coś jakby się ruszyło. Powoli pojawiają się skurcze. Ale do 6 rano wszystko mija. Podłączają mnie do oxytocyny. Dzwonię po męża. Skurcze są. Jak zwykle, gdy wlewali we mnie oxy. Przychodzi ordynator i zastępca (mój prowadzący w szpitalu - rewelacyjny lekarz Rak). Badają mnie. Ola wysoko. Rozwarcie takie jak przez ostatnie 3 miesiące. Szyjka miękka. Po odstawiniu oxy zero skurczów. Nawet nie ma co próbować naturalnie. Na 11 zaplanowana cesarka.

No to czekamy. Koleżanka z sali już urodziła córeczkę - idziemy ją z mężem zobaczyć - jest śliczna.
Rodzi kolejna kobitka. Rozwarcie całkowite. Parcie i małuch nie chce wychodzić - owinięcie pepowiną. No i lądują na operacyjnej zamiast mnie. Mija kolejna godzina na przygotowaniu dla mnie sali operacyjnej. Kolejny poród - wg. pani doktor: "Nareszcie ktoś urodzi normalnie". Po kilku parciach - cesarka - kolejny wisielec, czyli dziecko owinięte pępowiną.

Kolejna godzina oczekiwania, a mnie płyny zaczynają się wydzielać oczami - czyli płaczę. Boję się i już. Kolej na mnie. Anestezjolodzy - tłumaczą wszystko co się będzie działo. Mogę potrzymać panią anestezjolog za rękę. Jest mi wtedy raźniej. Nareszcie nie czuję nóg, choć wszystko słyszę i widzę. Coś robią przy moim brzuchu. Naciskają pod żebrami. I wreszcie... JEST MAŁA KOSMITKA. 14.08. To jej godzina.

Brudna, zakrwawiona, ale krzyczy. I jest duża. Pokazują mi ją. Biedaczka nie przytuli się do mnie od razu. Wynoszą ją na badania. Wiem, że mąż tam nad nią czuwa. Przynoszą mi ją już umytą. Buzi w nosek i do ubrania. Uśmiech dla męża stojącego w drzwiach sali. On też jest przerażony tak samo jak ja. Przenoszą mnie na salę pooperacyjną. Jesteśmy tam we trzy. Z tej samej taśmy cesarkowej. Daniel przywozi mi ją już ubraną. Zważoną i zmierzoną. 4260 g i 59 cm. I ta myśl. Może dałabym radę ją urodzić normalnie? A jeśli nie? Zasypiam.

Autor: Magoska


 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1