strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  cuda
  - Mam PCOS i mam dziecko
  - Z taką prolaktyną brak sza...
  - Laparoskopia, endometrioza...
  - To już rok...
  - Wbrew wszystkiemu - Natala...
  - Walka o małą Emilkę
  - Wbrew logice
  - Nadzieja dla wszystkich
  - Gorąco zachęcam
  - Miejsce cudownych zaciążeń
  - II krechy i moja historia
  - Walczyliśmy do końca, nie ...
  - Samoistna owulacja przy PC...
  - Cud po tylu latach
  - Postanorektyczny chłopiec
  - Starania z genetyką w tle
  - 3-letnia walka
  - Kiepskie plemniki i prolak...
  - Ciąża przy słabych plemnik...
  - Starania
  - Macica dwurożna
  - Siódmy cud świata - Franek
  - Pani dziecko nie będzie żyć
  - Diagnoza: Nigdy pani nie d...
  - Ciąża przy PCOS
  - Wyniki męża - złe
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

To już rok...

Mam nadzieję, że nikt nie będzie miał mi za złe takiego osobistego posta... Nie wiedziałam, gdzie go umieścić, a chciałam się z Wami podzielić dzisiejszymi przemyśleniami...

Dokładnie rok temu zrobiłam test. Wynik bardzo mnie zaskoczył - po paru sekundach pojawiła się tłuściutka, różowa krecha... Nie wierzyłam, nie byłam pewna wyniku, nie słyszałam wtedy o tym, że można zbadać „betę”. Czekaliśmy wcześniej na taka chwilę, ale chyba w głębi duszy nie wierzyłam, że taka nadejdzie. A wszystko przez lekarzy - miałam podejrzenie PCOS, 3 lekarzy twierdziło, że będę miała duże kłopoty z zajściem w ciążę, a jeden z nich powiedział nawet (nigdy mu tego nie wybaczę), że jeśli zajdę w ciążę, to i tak poronię w pierwszych trzech miesiącach. Żaden nie zbadał mi dokładnie hormonów pod kątem tego niby PCOS. Żyłam w przeświadczeniu, że do dziecka czeka nas ciężka i długa droga...

14 sierpnia 2004 r. - to był ślub! I potem szybka wspólna decyzja - chcemy dziecko! Zdecydowałam się na laparoskopowe usunięcie pęcherzyka żółciowego, bo bałam się, że ten mały kamyczek, którego tam wyhodowałam, może nam trochę pokrzyżować plany. Wszystko pięknie się goiło, więc i chirurg i mój ginekolog orzekli, że wystarczą 3 miesiące od zabiegu, żeby starać się o dziecko. Te magiczne 3 miesiące minęły w styczniu 2005 r.. Nie chciałam ani mierzyć temperatury, ani stosować testów owulacyjnych - postanowiłam oddać się (póki co) w ręce losowi. Niech on zadecyduje - gdybym wszystko planowała z zegarmistrzowską dokładnością, moja dość chwiejna psychika mogłaby mi utrudnić drogę do dziecka.

W 3-cim cyklu starań - niespodzianka! Kłębiło mi się w głowie tysiąc myśli - olbrzymia radość mieszała się z przerażeniem. Bałam się wyrokowanego wcześniej poronienia. Zachowywałam się tak, jakbym się bała, że nadmierna radość doprowadzi jednak do tego, czego najbardziej się obawiałam. Tłumiłam w sobie to szczęście... Znalazłam też od razu forum mamo.tato, przekopywałam je w poszukiwaniu informacji o przebiegu ciąży, o zagrożeniach... Oj, gdy tak się naczytałam, bałam się jeszcze bardziej. Błagałam MM, żeby nie mówić o naszej Fasolince nikomu poza rodzicami, bo co będzie jak poronię... Chyba miałam obsesję na tym punkcie. Tak zachowywałam się do polowy ciąży. Dopiero potem zaczęłam wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że będziemy mieli upragnione dziecko. Te 40 cudownych tygodni trochę się wlokło  Ale w końcu, 2 tygodnie przed planowanym terminem, Michaś postanowił do nas dołączyć... 

I dziś, rok od pozytywnego testu, jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie - nareszcie czuję się spełniona, kochana przez dwóch cudownych facetów... A dla uśmiechu naszego synka warto żyć.

Autor: Rzepka*


 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1