strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  cuda
  - Cud po tylu latach
  - Samoistna owulacja przy PC...
  - Walczyliśmy do końca, nie ...
  - II krechy i moja historia
  - Miejsce cudownych zaciążeń
  - Gorąco zachęcam
  - Nadzieja dla wszystkich
  - Wbrew logice
  - Walka o małą Emilkę
  - Wbrew wszystkiemu - Natala...
  - To już rok...
  - Laparoskopia, endometrioza...
  - Mam PCOS i mam dziecko
  - Postanorektyczny chłopiec
  - Wyniki męża - złe
  - Ciąża przy PCOS
  - Diagnoza: Nigdy pani nie d...
  - Pani dziecko nie będzie żyć
  - Siódmy cud świata - Franek
  - Macica dwurożna
  - Starania
  - Ciąża przy słabych plemnik...
  - Kiepskie plemniki i prolak...
  - 3-letnia walka
  - Starania z genetyką w tle
  - Z taką prolaktyną brak sza...
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

Wbrew logice

Chciałabym opisać naszą drogę do maleństwa w moim brzuszku. Może nazwanie tego cudem jest trochę na wyrost, zwłaszcza w porównaniu z problemami jakie mają niektóre z nas z zajściem w ciążę, ale po pierwsze dla nas to zawsze będzie nasz mały cud, a po drugie mam nadzieję, że ta historia pozwoli choć kilku osobom nie tracić tak łatwo nadziei i wiary w sukces. Czasami nawet wbrew logice.

Po 6 miesiącach prób udało nam się zajść w ciążę. Nasza szalona radość trwała jednak tylko niecałe 3 tygodnie od zrobienia testu. W 7 tygodniu ciąży (1.05.2002 r.) poroniłam. Nie chcę pisać o tym jak bardzo to przeżyliśmy. Po jakimś czasie postanowiliśmy dowiedzieć się co mogło być przyczyną. Zrobiłam wiele badań: badanie histopatologiczne nic nie wykazało, cytologia (II i niewielka nadżerka), hormony tarczycy (w normie), prolaktyna i progesteron (b. dobre), toxoplazmoza (wynik wskazywał tylko na bardzo odległy w czasie kontakt z chorobą) chlamydia trachomatis (brak), mycoplazma i ureaplasma (brak), cytomegalia - badanie robione 4 miesiące po poronieniu (przeciwciał IgM - brak, ale były przeciwciała IgG). Wnioski: Przyczyną mogła być cytomegalia, tzw. grypa żołądkowa, która dopadła mnie w dniu zrobienia testu ciążowego, oraz wiele innych nieznanych czynników w tym np. genetyczne.

Po sześciu miesiącach wznowiliśmy nasze starania. Bez efektów. W tym czasie trafiłam już do 3-go lekarza. Po owulacji miewałam czasem dziwne plamienia, bolały mnie jajniki. Pan doktor zaczął wspominać o możliwym PCOS i cyklach bezowulacyjnych. Przepisał mi kurację „Clostilbegytem”, ale bez monitorowania cyklu. Nie zdecydowałam się na wzięcie tych leków, postanowiłam jeszcze poczekać. Potem dowiedziałam się, że czeka nas HSG, a potem ewentualnie laparoskopia, ale najpierw mąż powinien zrobić badania nasienia. Z tym akurat oboje się zgodziliśmy i na początku stycznia br. mój ukochany udał się do laboratorium. Wyniki były złe. 20 mln plemników w 1 ml, 10 % wykazywało względną aktywność, 80% martwych, duża ilość leukocytów. Posiew wykazał bardzo obfity wzrost bakterii E. coli. Ponieważ tamto laboratorium budziło nasze wątpliwości, 2 tygodnie później powtórzyliśmy badanie gdzie indziej z podobnym efektem: 25 mln plemników w ml, większość nieruchliwych, 20 % nieprawidłowa budowa, duża ilość leukocytów, długi czas aglutynacji. Na początek mężowi przepisano bardzo silny antybiotyk – „Ciprobay”, a lekarz powiedział mu, że z tymi wynikami na razie nie mamy szans na naturalne poczęcie. Zaczęliśmy rozważać wizytę w specjalistycznej klinice np. w Mysłowicach lub Białymstoku, ale wcześniej poszliśmy do jeszcze jednego lekarza, który pracuje w klinice w Zabrzu, poleconego mi przez koleżankę. To był już czwarty i miał być ostatni.

Na początku lutego pan doktor potwierdził to co już wiedzieliśmy, na razie nie ma szans na naturalne poczęcie, ale przed podjęciem poważniejszego leczenia najpierw trzeba wyleczyć bakterie. Zaakceptował przepisany wcześniej antybiotyk i 10 dni po zakończeniu nim kuracji kazał powtórzyć badanie nasienia: posiew, spermatogram i tzw. test swim-up, czyli test wypływu. Mnie ginekolog również pobrał próbkę na posiew i zrobił USG, które wykazało prawidłową budowę jajników i piękne, dojrzewające pęcherzyki w obu jajnikach. Kurację męża wspomagaliśmy witaminami A, E, „Salfazinem”, „Magne B6”. Dalej mierzyłam temperaturę, ale starania potraktowaliśmy, chyba pierwszy raz od półtora roku, czysto rekreacyjnie, skoro i tak nie ma nadziei. Żadnych pozycji sprzyjających zapłodnieniu, żadnego leżenia po z nogami w górze lub na brzuchu. Same szybkie numerki. Nawet za bardzo nie wiem, kiedy była owulacja, bo mój wykres znowu był jakiś taki mało konkretny.

Już po owulacji odebrałam wyniki posiewu i okazało się, że ja też mam bakterie, tylko żeby było śmieszniej inne. Dostałam antybiotyk, ale ustaliłam z lekarzem, że na wszelki wypadek zacznę go brać dopiero jak dostanę okres (przeczucie?). Dzień później zrobiliśmy forsowny wypad na Jurę, a następnego dnia znowu zaczęłam plamić. Ponieważ takie plamienia zdarzyły mi się już wcześniej, a ja wierzyłam lekarzom i po prostu nie dopuszczałam myśli o ciąży, dopiero 5 dni później, w piątek rano zrobiłam test i zobaczyłam najpiękniejsze dwie krechy na świecie. Po południu pojechaliśmy do lekarza, stwierdził tzw. poronienie zagrażające, przepisał mi „Duphaston” i „Kaprogest” i kazał bezwzględnie leżeć. Od tego czasu, czyli od 1 marca br., nie wróciłam już do pracy i dlatego też zniknęłam z Internetu. Leżałam prawie 3 miesiące.

A teraz najciekawsze: dwa tygodnie po stwierdzeniu ciąży mój mąż odebrał wyniki swoich badań, wykonanych kilka dni po zapłodnieniu. Nic się nie zmieniło. Dalej większość nasionek martwych, reszta prawie się nie ruszała, nadal obecne leukocyty. Natomiast test swim-up, który dzieli pacjentów na cztery grupy: płodni, prawdopodobnie płodni, prawdopodobnie niepłodni, niepłodni, umieścił mojego męża na skali między niepłodni a prawdopodobnie niepłodni. Gdybyśmy odebrali te wyniki wcześniej, zabrzmiałyby dla nas jak wyrok, ale teraz liczyło się dla nas tylko to, że kilka dni później zobaczyliśmy na USG nasze 11-mm maleństwo. Teraz już kopie i mam nadzieje, że na początku listopada będziemy mogli je mocno przytulić. Oczywiście mój mąż będzie musiał jeszcze przejść kurację wzmacniającą nasionka, bo chcielibyśmy mieć kiedyś dwójkę dzieci.

Trochę to długie, ale mam nadzieję, że choć kilku osobom ta historia nie pozwoli się poddać zbyt łatwo po usłyszeniu złych wiadomości. Zawsze jest nadzieja, pamiętajcie o tym. My jesteśmy tego dowodem. Życzę wszystkim starającym się dziewczynom pięknych dwóch krech na teście ciążowym. I to jak najszybciej. Ja na swoje czekałam półtora roku, ale było warto.

Autor: Iza-bel
(Urodziła 3 października 2003 r. o godz. 5.30)


 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1