strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  cuda
  - Cud po tylu latach
  - Samoistna owulacja przy PC...
  - Walczyliśmy do końca, nie ...
  - II krechy i moja historia
  - Miejsce cudownych zaciążeń
  - Gorąco zachęcam
  - Nadzieja dla wszystkich
  - Wbrew logice
  - Walka o małą Emilkę
  - Wbrew wszystkiemu - Natala...
  - To już rok...
  - Laparoskopia, endometrioza...
  - Mam PCOS i mam dziecko
  - Postanorektyczny chłopiec
  - Wyniki męża - złe
  - Ciąża przy PCOS
  - Diagnoza: Nigdy pani nie d...
  - Pani dziecko nie będzie żyć
  - Siódmy cud świata - Franek
  - Macica dwurożna
  - Starania
  - Ciąża przy słabych plemnik...
  - Kiepskie plemniki i prolak...
  - 3-letnia walka
  - Starania z genetyką w tle
  - Z taką prolaktyną brak sza...
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

Walczyliśmy do końca, nie wierzyliśmy do końca...

Nie do końca jestem pewna, czy moja historia należy do niesamowitych? Jedno wiem na pewno: dla mnie cel był nieosiągalny. Zacznę może od początku: kiedy miałam 16 lat poznałam mojego obecnego męża. Po kilku wspólnie przeżytych latach postanowiliśmy razem zamieszkać – wtedy już pojawiały się myśli związane z dzieckiem. Niestety Pawłowi do „średniej krajowej” trochę brakowało, ja natomiast studentka, bez dochodów. Sama nie wiem, jak wtedy żyliśmy, co jedliśmy? Wynajęte mieszkanie, sesja za sesją – dziecko było marzeniem. Tuż przed zakończeniem studiów – wspaniała nowina – mam pierwszą pracę. Oczywiście pełne poświęcenie. Po niecałym roku zaczęło mi czegoś brakować – drugie studia, tym razem podyplomowe. Na wszechotaczające nas pytania: kiedy ślub, kiedy dzieci – odpowiadaliśmy zdawkowo – jeszcze nie byliśmy gotowi. Ten czas nadszedł po dziesięciu wspólnie przeżytych latach – ŚLUB. Oczywiście zaraz po nim rozpoczęliśmy dyskusje na temat dziecka.

Po 10 latach stosowania tabletek antykoncepcyjnych zaczęłam niechętnie patrzeć na zbliżającą się miesiączkę. Tak mijał rok, dwa. Zaczęliśmy się zastanawiać – coś jest chyba nie tak? Zwróciłam się o pomoc do mojego ginekologa. Zaserwował nam „Clo” i „Luteinę” – przez trzy miesiące. Bez efektu. Potem badania hormonalne – u mnie wszystko o.k. Dalej – spermiogram. Zrobiliśmy go nieświadomie w laboratorium, które nie wyznaczało ruchu. Wyszedł wspaniale – 56 mln plemników. Z wynikami pobiegłam do lekarza ... i kubeł zimnej wody – „Wyniki z <Frydy> są niemiarodajne”. Zrobiliśmy drugi spermiogram w szpitalu. Tragedia. 8 milionów, ruchu A praktycznie nie było, B kilka procent. Lekarz zaserwował mężowi „Tamoxifen”. Po dwóch miesiącach kolejny spermiogram - jeszcze gorzej. 7 milionów, ruch A i B – pojedyńcze w polu widzenia. Miałam takie szczęście, że trafiłam na ginekologa, który potrafił przyznać, że nie jest specjalistą od leczenia niepłodności. Jednak z jego słów usłyszałam wyrok: in vitro z mikromanipulacją. Chyba że... coś się będzie dało zrobić z tymi plemnikami. Polecił nam klinikę w Mysłowicach – bez dojazdów. Mieliśmy tam spróbować. Jak bym nie była zadowolona – to „NOVUM”.

Pierwsza wizyta – jest nadzieja. Doktor zlecił wyznaczenie poziomu FSH u męża. Przypuszczał, że jest zbyt niski. Mieliśmy go „podreperować’ „Clo”. I niestety pudło. FSH w normie. Diagnoza: nieznane przyczyny osłabionego nasienia. Mikromanipulacja! W „Novomedice” – ok. 13 tyś. Paweł zrezygnował. Mieliśmy zmienić auto, w końcu zrobić kuchnię. Ja szłam w zaparte: weźmiemy kredyt. Będziemy go spłacać kilka lat. Chcę dziecko! Zaczęłam szperać po internecie. Fora dyskusyjne, strony klinik leczenia niepłodności. Płacz. Dlaczego MY? Tyle miłości byśmy mogli dać dziecku. Dlaczego?

Natrafiłam w końcu na artykuł dr Micińskiego. EUREKA!! „Sulfasalazyna” powoduje niepłodność u mężczyzn. Mąż zażywał ją od 10 lat. Na wrzody. Lecząc wrzody zabijaliśmy plemniki! Poszliśmy w te pędy do lekarki od męża. Nie widziała w tym żadnego problemu – odstawimy, do dwóch tygodni będzie poprawa. Naiwnie wierzyliśmy w to (swoją drogą jak można przepisać takie lekarstwo młodemu mężczyźnie nie informując o tak katastrofalnych skutkach?). Znowu klinika. Tak, przyznaje lekarz, to może być przyczyna. Może, ale nie musi. Musimy poczekać z trzy miesiące. Ale wcale nie jest powiedziane, że wszystko wróci do normy. Mogły tabletki wywołać taką rewolucję w organizmie, że wcale wyniki się nie polepszą. Czekanie. W międzyczasie rozmowy o adopcji. Nie wchodziła w grę. Bank nasienia... Mąż niechętnie o tym mówił. Twierdził, że jak inne metody zawiodą to może. Na 26 kwietnia wizyta – razem ze spermiogramem. Wtedy mieliśmy się dowiedzieć, w jaki sposób zajdę z ciążę. Stres wielki. Gdybyśmy wiedzieli, że tylko parę dni dzieli nas od dzidzi…
 
Wizyta. Spermiogram nie najgorszy, coś się ruszyło. Ledwo starczy na inseminację. Ale to tylko 10 % szans. Jak dla nas mało. Ale trzeba było próbować. W międzyczasie okazało się, że maż jest nosicielem żółtaczki typy C. Doktor jak się o tym dowiedział, zaczął coś kręcić. Że się wirusa nie wytrąci z plemników, że on nie miał jeszcze takiego przypadki itd. Mąż spytał prosto z mostu: „Gdybyśmy się zdecydowali, ile kosztował by zabieg?”. Dwa tysiące. Ale raczej się nie zdecydują na inseminację. Wyczułam strach.

Czyli jesteśmy w punkcie wyjścia. Szukamy kliniki. Na „Bocianie” dr D. stwierdził, że nie widzi przeciwwskazań. Mamy przyjechać. Dzwonię w czwarte. „Przyjedźcie w tą sobotę”. Umówiłam się. Buuuu.... mąż pracuje w tą sobotę. Ja dostanę w piątek okres. A chciałam już zaczynać. Byliśmy zdecydowani. Odstawiliśmy „Sulfasalazynę”, jednak wrzodziejące zapalenie jelita grubego dawało o sobie znać. To było ryzyko. Nie mogliśmy dłużej czekać. Ważniejsze było życie mojego męża (nieleczone WZJG powoduje raka jelit). Musimy zacząć stymulację. Dzwonię więc i proszę o przełożenie terminu o tydzień. Nie było problemu – mamy przyjechać w niedzielę. 9 dni czekania. Następny problem. Nie mamy pieniędzy. Musimy pożyczyć. I to „na już”. Ciocia. Nie robiła wymówek, pełne zrozumienie. I współczucie. Mamy pieniądze. Cudownie. Jedna próba. Potem druga (liczyliśmy się z co najmniej kilkoma próbami). Weźmiemy kredyt, zrezygnujemy z kuchni, łazienki, samochodu. Najważniejsze jest dziecko – tak sobie wtedy myśleliśmy. A na końcu mikromanipulacja. To miał być nasz największy kredyt. Kilkanaście lat spłacania. Ale musimy próbować. Tylko jak długo Paweł wytrzyma bez leków?

Poniedziałek, 6 dni przed wizytą. Okresu brak. Wściekłość. Znowu powtarzają się długie cykle (miałam czasami po 36-40 dni). Miesiączka wypadnie w dzień wizyty. Może ją przełożyć? Wtorek: temperatura ponad 37. Test był w szufladzie. Miałam go zrobić pod warunkiem, że temperatura nie spadnie. Nakropiłam. Miało być bez powietrza!! Nie przeczytałam dokładnie instrukcji. Zanoszę go do sypialni i... prawie o nim zapomniałam (znam doskonale uczucie, kiedy na pasku pojawia się jedna krecha). Patrzę... dwie, dwie grube krechy!! Mąż czyta jeszcze raz instrukcję: „Pewnie źle zinterpretowałaś”. 6 rano – telefon do szpitala: „Od której można zrobić test na bhCG?”. O 7 mieliśmy przyjechać. Mąż nie wierzył. Wynik: 360 jednostek!! Za dwa dni 849!! Przyrasta. Mąż: „Coś Ci się z organizmem pochrzaniło. Musisz iść do ginekologa”.

26 maj – USG!! Maleństwo ma 6 mm. 27-mego wizyta u znajomego ginekologa i USG – 8 mm. Mam przed sobą zdjęcie. Chyba dopiero ono przekonało mojego męża. Ale nadal boi się o tym mówić. Boi się, że zapeszy. Cieszy się, że wciąż jem, wciąż śpię. Kocha moje humory (jejku jak ja jestem humorzasta!!). A co dalej...? Dalej czekam na serduszko!! Jeszcze 11 dni!! Będę dzielna i nie będę się martwić.

Mąż – znowu zażywa „Sulfasalzynę”. Już mu lepiej. Mnie też.

Autor: Mirela


 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1