strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  cuda
  - Mam PCOS i mam dziecko
  - Z taką prolaktyną brak sza...
  - Laparoskopia, endometrioza...
  - To już rok...
  - Wbrew wszystkiemu - Natala...
  - Walka o małą Emilkę
  - Wbrew logice
  - Nadzieja dla wszystkich
  - Gorąco zachęcam
  - Miejsce cudownych zaciążeń
  - II krechy i moja historia
  - Walczyliśmy do końca, nie ...
  - Samoistna owulacja przy PC...
  - Cud po tylu latach
  - Postanorektyczny chłopiec
  - Starania z genetyką w tle
  - 3-letnia walka
  - Kiepskie plemniki i prolak...
  - Ciąża przy słabych plemnik...
  - Starania
  - Macica dwurożna
  - Siódmy cud świata - Franek
  - Pani dziecko nie będzie żyć
  - Diagnoza: Nigdy pani nie d...
  - Ciąża przy PCOS
  - Wyniki męża - złe
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

Siódmy cud świata - Franek

Franek na spacerze z babcią i ja nareszcie mam czas opisać naszą drogę. Zaczęło się po roku małżeństwa – postanowiliśmy, że już czas na potomka. Minął jeden miesiąc, drugi i trzeci, co miesięczne histerie i nic. Aż w 8-mym cyklu zobaczyliśmy upragnione 2 kreski na teście, tylko ja nie czułam się najlepiej. Bolało mnie w lewym boku tak bardzo, że aż spać na nim nie mogłam. Myśleliśmy, że to od nerek, na które chorowałam, ale wyniki badań mówiły, że wszystko jest o.k. Poszłam do ginekologa i jakie było moje zdziwienie kiedy usłyszałam, że to ciąża pozamaciczna i że trzeba szybko do szpitala. Pierwszy raz słyszałam, że coś takiego istnieje, a w szpitalu jak to u nas nikt nic nie powie, nie wytłumaczy, nie pocieszy. Zabieg, 3 dni leżenia i do domku, już bez fasolki, która zagnieździła się w jajowodzie.

Dochodziłam do siebie z pół roku, szperałam po bibliotekach, w internecie jak najwięcej informacji o ektopowych ciążach. Nie były zbyt łaskawe - mieliśmy 40% szans, że sytuacja się powtórzy, ale postanowiliśmy zaryzykować. Tylko nic nie wychodziło. Co miesiąc od owulacji drżałam ze strachu i modliłam się w duchu, żeby jednak tej ciąży nie było, a kiedy przychodziła miesiączka płakałam, że jednak nie jestem w ciąży. Trafiałam do różnych szarlatanów (jeden nawet zainkasował ze 2000 zł za wszystkie badania i wizyty, i na do widzenia powiedział, że zaprasza mnie jak będzie test z 2 krechami). Aż po roku takiej szarpaniny podjęliśmy męską decyzję – „Novum”.

Trafiliśmy na super dr Sowińską, która kazała tylko uzupełnić badanka i przyjść na monitoring, po którym wyszło, żze moje jajeczko mało i wolno rośnie. Dostaliśmy „Clo” i w następnym cyklu wstrzeliliśmy się. Pani doktor chciała, żeby tym razem owulacja była z tej strony, gdzie nie było ektopowej ciąży, żeby nie ryzykować. Nasza radość nie trwała długo… Sytuacja się powtórzyła, znowu ekotopowa. Tym razem po prawej stronie i to w jajniku (byłam jak muzealny eksponat, bo ten rodzaj ektopowej występuje bardzo rzadko).

Ze szpitala wyszłam wściekła i z postanowieniem, że się nie poddam - jak nie z tej to z innej strony wezmę tego byka za rogi. Zapadła decyzja o in vitro, żeby ominąć te przeklęte jajowody (mimo ze drożność wyszła super one nie chciały współpracować). 3 tuziny badań, szczepienia, walka z bakteriami coli i kiedy mieliśmy już wszystko zgromadzone, na 10 dni przed ostatnim okresem (wszak in vitro musi się udać od razu) poszłam na USG, żeby sprawdzić co tam w tych jajnikach piszczy, a piszczało - były 2 niepęknięte jajeczka, które mogły przerodzić się w torbiele i odsunąć nas od in vitro. Dostałam 4 x dziennie „Luteinę” i mieliśmy czekać do okresu.

Do okresu nie wytrzymałam - w 27 d.c., po codziennym gadaniu koleżanki, że żadnego in vitro nie będzie, po tym jak nasza kotka Ziutka zaczęła kłaść mi się na kolanach i przymilać dziwnie, spotkałam na swojej drodze aptekę. Tak, spotkałam, bo nie miałam w planach zakupu testu. Jak miało się udać skoro mieliśmy te 2 niepęknięte jajeczka, które były też na początku cyklu, tylko to ciągłe gadanie koleżanki doprowadzało mnie do szału. Postanowiłam, że zrobię test, żeby się odczepiła. Po powrocie do domu poszłam siknąć i mimo że było wczesne popołudnie krecha wyskoczyła od razu. Co czułam - szok i strach oraz pewność, że znowu to samo, znowu szpital, odsunięcie in vitro w czasie, bo po operacji trzeba będzie odczekać. Przecież nie mogło się udać - mieliśmy tylko 10% szansy.

Zaczęły się 2 tygodnie nerwowego oczekiwania. W 5-tym miałam pierwsze USG. Na miękkich nogach poszliśmy tam razem. Kiedy Pani doktor patrzyła na USG dla mnie te 10 sekund ciągnęły się w nieskończoność. Odwróciła się do męża i pokazała mu naszą fasolkę - zagnieżdżoną w dobrym miejscu. Płakaliśmy ze szczęścia oboje. Teraz zostało poczekać tylko na bijące serduszko, które po tygodniu nam się pokazało. Te dwa niepęknięte jajeczka nadal były w jajniku (wchłonęły się w trakcie ciąży). Dla nas nasz synek jest największym cudem.

Autor: Michkas


 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1