strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  cuda
  - Cud po tylu latach
  - Samoistna owulacja przy PC...
  - Walczyliśmy do końca, nie ...
  - II krechy i moja historia
  - Miejsce cudownych zaciążeń
  - Gorąco zachęcam
  - Nadzieja dla wszystkich
  - Wbrew logice
  - Walka o małą Emilkę
  - Wbrew wszystkiemu - Natala...
  - To już rok...
  - Laparoskopia, endometrioza...
  - Mam PCOS i mam dziecko
  - Postanorektyczny chłopiec
  - Wyniki męża - złe
  - Ciąża przy PCOS
  - Diagnoza: Nigdy pani nie d...
  - Pani dziecko nie będzie żyć
  - Siódmy cud świata - Franek
  - Macica dwurożna
  - Starania
  - Ciąża przy słabych plemnik...
  - Kiepskie plemniki i prolak...
  - 3-letnia walka
  - Starania z genetyką w tle
  - Z taką prolaktyną brak sza...
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

Samoistna owulacja przy PCOS

Postanowiłam opisać Wam moją historię, bo mam nadzieję, że doda Wam sił. Zaczęłam zaglądać tu na mamo.tato regularnie ponad rok temu, czyli jakiś rok po tym jak rozpoczęliśmy starania. Wprawdzie nie pisałam, ale czytałam na tyle dużo, że wydaje mi się, że znam niektóre z Was lepiej niż moich dalszych kuzynów. Cały czas trzymam kciuki i kibicuje Samancie, Mysi, Wisience (czołem krajanko, ja też mieszkam w Toronto), Piepchen, Cathleen i wielu innym (przepraszam, że nie jestem w stanie wymienić wszystkich).

Tak jak większość z Was myślałam, że odstawię tabletki (ostatnią wzięłam 31 maja 2002) i do jesieni będę w ciąży. Pierwszą miesiączkę dostałam równo 1 sierpnia i potem się zaczęło. Od sierpnia 2002 do marca 2003 nie miałam ani jednego normalnego cyklu, tylko brunatne plamienia trwające po kilka tygodni z rożnymi przerwami. Oczywiście zero owulacji i totalna frustracja, bo przecież to nie tak miało być.

W marcu zeszłego roku zaobserwowałam u siebie owulację i byłam pewna, że jestem w ciąży. Tak jak wiele z Was nakręcałam się totalnie i byłam zdziwiona, i zawiedziona jak zjawiła się miesiączka. Ale przynajmniej owulacja była, więc już coś. Następna owulacja w czerwcu i to samo - wielkie nadzieje i równie wielkie rozczarowanie. W międzyczasie cykle różnej długości, przeważnie 50-dniowe i postanowienie, że trzeba coś z tym zrobić, na przykład iść do lekarza.

Niestety tutaj nie da się robić badań na własną rękę, a na wizytę do ginekologa trzeba mieć skierowanie od lekarza rodzinnego, do którego z kolei trzeba się zarejestrować 4 tygodnie wcześniej i tak dalej. Na dodatek cały czas się łudziłam, że jednak może się uda, ale zdrowy rozsadek przeważył i już w grudniu 2003 wylądowałam u ginekologa. Pani doktor po gruntownym wywiadzie i badaniu trwającym łącznie może 3 minuty (to była moja pierwsza wizyta) stwierdziła na podstawie opisanych objawów, że mam PCOSS. Tak się składa, że sama już dużo wcześniej doszłam do tego wniosku dzięki temu, że czytałam Wasze posty i nauczyłam się z nich więcej niż niejeden lekarz leczący niepłodność. Także dzięki Wam zaczęłam się rozglądać za jakimiś specyfikami, które są tu dostępne, bo doszłam do wniosku, że nie ma co marnować czasu. Jadłam odpowiednik „Castagnusa”, „Folik”, a także „Klep”, bo w międzyczasie okazało się, że mogę mieć niedoczynność tarczycy (co także wywnioskowałam czytając Wasze posty). Podczas mojej grudniowej wizyty pani doktor. kazała próbować przez następne 3 miesiące (jakby 1,5 roku nie wystarczało, żeby się upewnić, że coś jest nie tak) i dala skierowanie na rożne badania, między innymi LH, FSH, hormony tarczycy. Badania zrobiłam i na następną wizytę poszłam pod koniec kwietnia. Oczywiście LH miałam 3 razy wyższe niż FSO. Dostałam receptę na „Clo” i polecenie, żeby brać po 1 tabletce od 5 dnia następnego cyklu. O monitoringu nie było nawet mowy.

Pełna optymizmu czekałam na następny cykl z przyzwyczajenia mierząc temperaturę. 19-tego maja pokazał się śluz wodnisty, ale ponieważ to był 31 dzień cyklu, nie przywiązywałam do tego większej uwagi. Seks był następnego dnia, ale też bez jakiś szczególnych nadziei, przecież od następnego cyklu zaczynam się starać na poważnie. Jak na ironię dziś, czyli 17 dni później, wyszły 2 kreski…

Jaka jest szansa, że bez wspomagaczy zajdzie się w ciążę mając owulację 5 razy w roku, średnio w co drugim cyklu, przy cyklach 50-dniowych? Same znacie na to odpowiedź. A jednak się zdarza. I Wam też się zdarzy, tylko jeszcze nie teraz, ale może już jutro … Tak więc nie traćcie nadziei, cuda się zdarzają także i tym starającym się od niepamiętnych czasów.

Chciałam Wam wszystkim serdecznie podziękować za to, że jesteście i za to, że dzięki Wam czekanie było łatwiejsze i frustracja bardziej znośna. Viki, Azja i Sam - jestem pewna, że Wy też będziecie zamieszczać niedługo podobne historie. W końcu po to tu zaglądamy - ja czerpałam inspiracje z Waszych postów przez ponad rok i teraz czas, żeby się Wam odwdzięczyć. Teraz rozumiem dlaczego świeże ciężarówki czasem ociągają się z przeniesieniem na oczekujące - jak się tu z Wami spędziło tyle czasu, to ciężko się stad wynieść. A poza tym naprawdę trudno jest mi czasem uwierzyć, że jestem w ciąży, muszę sobie przypominać, że zrobiłam test i wyszedł. Nie mam praktycznie żadnych objawów poza tym, że piersi zrobiły się pełniejsze i czasem mam takie pobolewania podobne do małpowych. I to wszystko. Zresztą same zobaczycie jak to jest. Tym razem naprawdę przenoszę się do oczekujących i czekam tam na Was niecierpliwie.

Autor: Lemma


 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1