strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  cuda
  - Cud po tylu latach
  - Samoistna owulacja przy PC...
  - Walczyliśmy do końca, nie ...
  - II krechy i moja historia
  - Miejsce cudownych zaciążeń
  - Gorąco zachęcam
  - Nadzieja dla wszystkich
  - Wbrew logice
  - Walka o małą Emilkę
  - Wbrew wszystkiemu - Natala...
  - To już rok...
  - Laparoskopia, endometrioza...
  - Mam PCOS i mam dziecko
  - Postanorektyczny chłopiec
  - Wyniki męża - złe
  - Ciąża przy PCOS
  - Diagnoza: Nigdy pani nie d...
  - Pani dziecko nie będzie żyć
  - Siódmy cud świata - Franek
  - Macica dwurożna
  - Starania
  - Ciąża przy słabych plemnik...
  - Kiepskie plemniki i prolak...
  - 3-letnia walka
  - Starania z genetyką w tle
  - Z taką prolaktyną brak sza...
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

Postanorektyczny chłopiec

Kiedy miałam 16-19 lat przeszłam anoreksję. Nie myślałam, że to co robiłam ze swoim ciałem może doprowadzić do tak wielu łez w moim dorosłym życiu. Zaczęły się problemy z miesiączką - standardowe cykle od 28 dni do 90 dni. Były podejrzenia raka przysadki, ale w tym czasie nie trafiłam do dobrego ginekologa, tylko na jakieś dziwne panie, które na brzmienie słowa antykoncepcja czerwieniały ze wstydu.

Wyszłam za mąż 5 lat temu i okazało się, że na dziecko, którego bardzo pragnęłam będę musiała najpierw poczekać z powodu mojego ukochanego męża, który jeszcze nie był na to gotowy. Ze względu na fakt, że nie zamierzałam jeszcze zachodzić w ciążę - stosowałam antykoncepcję hormonalna i w międzyczasie trafiłam na fantastycznego lekarza, który kontynuował ze mną terapię hormonalną, jak się później okazało, ponieważ na podstawie wywiadu lekarskiego miał przeczucie, że będą problemy i zapisując mi kolejną porcję hormonów dyskretnie pytał, kiedy podejmę decyzję o ciąży.
 
Wreszcie podjęliśmy decyzję, w odpowiednim momencie - akurat przed wyjazdem na wakacje. I co? W pierwszym cyklu - najprawdopodobniej ciąża, która się nie utrzymała - za późno poszłam do lekarza, żeby mi cokolwiek potwierdził, ale ja wiem, że moje pierwsze dziecko nie było mi pisane... Nie będę pisać jak się czułam, kiedy poszłam do lekarza i na USG okazało się, że mam 6-cio cm torbiel. Mąż przytulał mnie mocno i mówił, że "wszystko będzie dobrze". Bardzo chciałam mu wierzyć, ale przed oczami stawały mi obrazy z mojej "nieprawidłowej" młodości i pytanie "Czy taką cenę zapłacę za to, że nie byłam wtedy silna?". O wszystko mąż pytał i rozwiewał wątpliwości spokojem i rozsądkiem, którego mi tak brakowało.

Pojechaliśmy na kolejne wakacje - po nich miałam się zgłosić na kontrolę, bo procedura postępowania była taka, że mieliśmy poczekać dwa cykle na ewentualną ciążę przed włączeniem farmakologii. Na wakacjach zajmowałam się pozytywnym myśleniem i po powrocie do domu poszłam na kontrolę. Obraz USG był niewiarygodny - ani śladu po torbieli, a sytuacja zaczęła się klarować - przypuszcalny powód problemów z zajściem w ciąże to brak naturalnej owulacji. Badania hormonalne niby w porządku, ale cykle dłuuuugie, znowu koszmar czekania na okres. Tym razem monitorowanie USG, co było upokarzające, bo wiele łez pociekło w gabinecie, mimo tego, że sytuacja przecież nie była beznadziejna, ale ja wszystko widziałam przez pryzmat mojej anoreksji i nie potrafiłam sobie wybaczyć.

Po kolejnym cyklu zadałam mężowi pytanie czy w naszym związku sprawa adopcji w ogóle wchodzi w rachubę, mimo, że na to pytanie było jeszcze za wcześnie - powiedział, że tak i że pójdzie też na badania jak będzie trzeba. I wtedy właśnie nastąpił mój cud - kamień spadł mi z serca - miałam wykupione „Clo”, żeby wywołać owulacje, wiedziałam już wszystko na temat PCOS i problemów hormonalnych. Powiedziałam sobie: "To siedzi w mojej głowie - to nie jest pytanie czy będę miała dziecko, tylko kiedy?". I od wtedy była codzienna półgodzinna medytacja, w której z każdym oddechem wyrzucałam z siebie złą energię. Powiedziałam lekarzowi, że chcę poczekać jeszcze pół roku na naturalną owulację. Czy zgodzi się na monitorowanie bez farmakologii i innej terapii? Zgodził się bez wahania i powiedział, że to moja decyzja, i że on nie ma nic przeciwko temu, żeby czekać, jeżeli ja tak chcę i wiem jakie są tego za i przeciw. Ja wiedziałam - to mogły być stracone miesiące.
 
Ten cykl trwał bardzo długo, ale nagle okazał się, że mam pęcherzyk, który naturalnie sam rośnie („Clo” nie wzięłam) - trwało to przeraźliwie długo - był cały tydzień, kiedy pęcherzyk urósł tylko 2 mm. W 25 dniu cyklu pęcherzyk miał 26 mm i nic się nie działo - spisaliśmy go na straty. Miałam jeszcze po raz ostatni przyjść za pięć dni, żeby zobaczyć czy podejrzenie, że nie pęknie potwierdzi się?

Owulacja była następnego dnia, a ja cztery dni później byłam u lekarza z potwornymi bólami podbrzusza i wszystko mi mówiło, że coś się dzieje. Bóle ustąpiły po „Nospie”, ale musiałam ją brać przez następne dwa miesiące wraz z „Luteiną”. Test zrobiłam w 7 dniu po owulacji - kreska ciążowa pojawiła się przed kontrolną.
 
Jestem w 33 tygodniu ciąży i pod moim sercem mieszka chłopiec. Wygrałam z własną psychiką i teraz wiem, że nie ma na świecie rzeczy, której nie wytrzymam, jeśli będzie to zależało ode mnie, od mojego działania, bo siła jest we mnie, musze ją tylko obudzić. Wiem, że dla wielu z was nie będzie to cud, bo nie jest to in vitro, bo może nie walczyłam wystarczająco długo, albo, że kuracja nie była wystarczająco skomplikowana, ale cuda maja różne oblicza i dlatego postanowiłam także napisać o moim maluszku, który czeka na przyjęcie na świat, bo psychicznie się nie poddałam, jak to robiłam wiele lat temu setki razy.

Mój cud ma już osiem miesięcy - a ja nadal nie mogę uwierzyć w swoje szczęście - były burze z piorunami w trakcie tych najpiękniejszych miesięcy bycia mamą - okazało się, że Daruś jest alergikiem, że ma wadę serca. Z atopowym zapaleniem skóry walczymy nadal, a wada serca należy już do przeszłości, ponieważ dzięki dużej interwencji w postaci wzmacniania mamy (czyli mnie), żeby przez mleczko otrzymywał Darek dużo dobrych rzeczy, jego organizm ruszył do przodu i dziurka w serduszku zarosła.

Trudno opisać jak bardzo zmienił moje życie Daruś. Przede wszystkim już wiem czego mi tak naprawdę w życiu brakowało. Wiem, że teraz już umiem być odpowiedzialna nie tylko za siebie i że czuję pełnię życia za każdym razem, kiedy tulę Darka w ramionach, kiedy patrzę na niego jak się cieszy z najmniejszych drobiazgów, jak rośnie jak na drożdżach, mimo że jest drobnej budowy.

Moja miłość naprawdę stała się widzialna. Trzeba bardzo wierzyć w to, że będzie się mamą. Im dłużej jest z nami Daruś, tym dłużej myślę, że gdzieś głęboko tkwi we mnie przekonanie, że gdybym go nie urodziła, tylko byłby dzieckiem mojego serca, to kochałabym go tak samo. Kiedy bowiem zaczęłam myśleć o tym, że będę kiedyś mamą i to jest tylko kwestia czasu, miałam w pamięci dziecko, a nie fakt jego narodzin. To tyle teraz - piszę to, dlatego że pewnie za parę miesięcy (na przełomie roku) odstawię antykoncepcję, ponownie zdamy się na naturę i znowu powiem sobie: „Będę drugi raz mamą, to tylko kwestia czasu...”.

Autor: Sonka


 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1