strona główna forum czat kontakt
 szukaj
strona główna
nasze stowarzyszenie
nowości
artykuły
opowiadania «
  porody
  cuda
  - Mam PCOS i mam dziecko
  - Z taką prolaktyną brak sza...
  - Laparoskopia, endometrioza...
  - To już rok...
  - Wbrew wszystkiemu - Natala...
  - Walka o małą Emilkę
  - Wbrew logice
  - Nadzieja dla wszystkich
  - Gorąco zachęcam
  - Miejsce cudownych zaciążeń
  - II krechy i moja historia
  - Walczyliśmy do końca, nie ...
  - Samoistna owulacja przy PC...
  - Cud po tylu latach
  - Postanorektyczny chłopiec
  - Starania z genetyką w tle
  - 3-letnia walka
  - Kiepskie plemniki i prolak...
  - Ciąża przy słabych plemnik...
  - Starania
  - Macica dwurożna
  - Siódmy cud świata - Franek
  - Pani dziecko nie będzie żyć
  - Diagnoza: Nigdy pani nie d...
  - Ciąża przy PCOS
  - Wyniki męża - złe
prezentacje
galeria
baza teleadresowa
baza leków
analizy
subskrypcja
forum
czat
członkowie stow.
kontakt

Pani dziecko nie będzie żyć

Pierwszą ciążę poroniłam w 7 tygodniu. Druga przebiegała normalnie. Urodziłam syna – 3500 g, 60 cm. Po 8 latach postanowiliśmy mieć drugie dziecko, nie zabezpieczaliśmy się. Byłam taka zła, gdy pojawiał się okres… Tak było przez dwa lata. W końcu poddałam się i pogodziłam, że będziemy mieć tylko jedno dziecko. Wtedy okazało się, że jestem w ciąży. Pamiętam jacy byliśmy szczęśliwi. Byłam u ginekologa, który potwierdził ciążę, ale za dwa dni znalazłam się w szpitalu z powodu krwawienia. Był to 7 tydzień. Serduszko biło, położyli mnie do łóżka. Leżałam plackiem przez miesiąc…

W 11 tygodniu wyszłam ze szpitala. Powiedzieli, abym się oszczędzała i jak najwięcej wypoczywała. Nie mogłam nic robić, bo cały czas bolał mnie brzuch. W 14 tygodniu, gdy się obudziłam, poczułam nagle jakby jakiś balonik z ciepłą wodą pękł mi między nogami. Nie była to sama krew, a krew z wodą. Ból brzucha był silny, miałam skurcze. Mąż zadzwonił do mojego lekarza i powiedział, że jest taka sama sytuacja jak w 7 tygodniu. Lekarz powiedział, abym nie ruszała się z łóżka, a gdyby bóle były silniejsze, mamy przyjechać do szpitala. Ból trochę minął, ale nie do końca. Trwało to 24 godziny, potem nie miałam już plamień.

Na wizyty jeździłam do szpitala. Zbierali się wszyscy ginekolodzy, badali, oglądali. Na USG widzieli jakąś wodę, ale bez płodu. Lekarz powiedział, że mogą być to dwa płody w osobnych jajach, tylko że jedno się rozwija, a drugie nie. Gdy to usłyszałam tak się rozpłakałam, że od tego czasu mówili w sposób, aby do mnie nic nie dotarło. Wersji mieli tyle, że aż strach (tu uprzedzę fakty, bo ich hipotezy okazały się dwoma ogromnymi cystami na jajnikach, w wyniku czego mam dzisiaj pół jajnika. Czy oni nigdy nie mieli takiego przypadku, nie mogli tego zdiagnozować?). Gdy mówiłam im, że cały czas boli mnie brzuch, tylko patrzyli na siebie i widziałam, że mi nie wierzą (bo ciąża przecież nie boli!!!). Minęło 29 tygodni…

30.06.1997 r. o 8 rano odeszły mi wody. Pojechaliśmy do szpitala. Tam znowu woda leciała po nogach. Położyli mnie do łóżka, pod dwa przednie kółka podłożyli po 2 cegły, do dwóch rąk kroplówki. Później podłączyli mnie do maszyny. Cały czas słyszałam tętno mojej kruszynki. Moje ciśnienie spadło do 80/50. Wszyscy się przestraszyli. Czułam jak ja się gdzieś oddalam, już miałam zamknąć oczy. Dostałam jakiś zastrzyk do żyły i było lepiej. Dzień był taki duszny i gorący, a ja leżałam spocona i nie mogłam się ruszyć. Miałam pas na brzuchu i bałam się, aby skurcze nie były większe. Nie pozwolili nic pić, bo rano będę mieć operację. Wieczorem pokazała się krew - oznaczało to odklejenie się łożyska. Lekarz często oglądał czy krwawienie nie jest większe - było umiarkowane. W nocy tętno dwa razy przestało bić. Pierwszy raz pielęgniarka szybko zawołała lekarza. Przyszedł rozespany (w tym czasie tętno powróciło):
- „Pani Elu (pielęgniarka), po co pani mnie woła?” (!!!!).
Mówiła mi później: „Widzi Pani, jeszcze mnie wyzwał, a gdyby coś się stało, byłoby na mnie”. Drugi raz była chyba 4.00 rano. Znowu serce przestało bić. Myślałam, że pas przesunął się, ale nie. Wołałam pielęgniarkę (byłam na sali sama). Była obok w pokoju, ale mnie nie słyszała, bo spała. Musicie wiedzieć, co ja wtedy czułam... Błagałam Boga, aby nie zabierał mi dziecka. Moja kruszynka walczyła i po paru chwilach tętno powróciło. Ona i ja walczyłyśmy 24 godziny. O godzinie 8.50, o tej godzinie urodziła się… Walczyła już sama…

O godzinie 8.00 przyszedł ordynator z bardzo poważną miną i mówi:
- „Musimy Panią szybko operować, bo dostało się zakażenie. Na dziecko nie mamy szans, a sama pani nie urodzi, bo dziecko leży poprzecznie. Łożysko przodujące. Niestety Pani dziecko na pewno nie będzie żyć”.
Wyszedł. Teraz wszystko przebiegało szybko. Jedna mnie goliła, druga pobierała krew, inna podłożyła papier do podpisania, a ja leżałam i było mi wszystko jedno. Nie chciałam żyć! Na sali dosyć długo czekaliśmy na ordynatora (jak się okazało rozmawiał z moim mężem, powiedział mu to samo). Ja leżałam spłakana, golusieńka. Widziałam spojrzenia innych i smutek w ich oczach. Nikt nic nie mówił. Wtedy jakaś siostra zapytała:
- „Co chciałaby Pani mieć, chłopca czy dziewczynkę?”.
Ja w płacz. Chciałam krzyczeć: „Jak Pani może pytać, przecież moje dziecko nie będzie żyć!”, ale nie mogłam wydusić ani słowa. Podali mi narkozę. I tu jeszcze nie koniec, bo w czasie operacji zaczęłam się budzić… Słyszałam głosy lekarzy, czułam szarpania i straszny, potworny ból. Chciałam dać im jakiś znak, ale nie mogłam nic zrobić. Nagle usłyszałam:
- „Pacjentka rusza palcem”.
I cisza… (wydaje mi się, że dali za mało narkozy, nie przypuszczali, że będą musieli operować jajniki). Długo mnie budzili, przewieźli na salę. Był tam mój mąż (nawet teraz, gdy to piszę po tylu latach nie mogę powstrzymać łez), płakał. Widziałam jak chce łzy powstrzymać i nie martwić mnie, że dziecko nie żyje (on nie wiedział co mi lekarz powiedział). Przez dwie godziny nic nie mówiliśmy…

Nagle wchodzi pediatra i mówi:
- „Nie chce Pan zobaczyć córeczki?”.
- „TO ONA ŻYJE??!!!!!”.
- „Tak, ale jest bardzo słaba i nie ukrywam, że stan jest bardzo ciężki. Waży 1500 g i mierzy 37 cm. Takie dzieci jak przeżywają bardzo często mają jakieś wady”.
Wymienił jakie, a było ich dużo (wydaje mi się, że mówił to dlatego, żeby nie było nam żal gdyby umarła, tak to wtedy odebrałam).
- „Musimy przewieźć ją do kliniki, ale nie mają miejsca”...
Tym już zajął się mój mąż. Miejsce znalazło się. O 16.00 wywieźli moją córeczkę na sygnale do kliniki.

Tu może zakończę. Napisałam tak dokładnie, abyście się trzymały mocno, gdy lekarz postawi złą diagnozę. I tak do końca nie wierzyły. Moja KAŚKA w klinice też była dzielna. 1.07 miała 6 lat i nie ma żadnej choroby wrodzonej. Słyszy, widzi. Pierwsze dwa lata w ogóle nie była chora.

Autor: Gajka


 

   
strona główna - nasze stowarzyszenie - nowości - artykuły - opowiadania - prezentacje - galeria - baza teleadresowa - baza leków - analizy - subskrypcja - forum - czat - członkowie stowarzyszenia - kontakt
copyright © mamo.tato 2003-2004
konto: zaloguj mt_cms v04.01.21.1